Prezentacje
Chrysler 300C Touring 3.0 CRD SRT-Design
2010-03-26
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
tekst: Marek Stachoń, zdjęcia: Kacper Szczepański
Żaden inny naród nie wcielił w życie maksymy "duży może więcej" tak skutecznie, jak zrobili to Amerykanie. Chryslera 300C w aktualnym wydaniu zna chyba każdy fan motoryzacji. Monumentalny sedan (i kombi) na dobre zagościły na europejskich drogach odróżniając się znacznie od przedstawicieli mocno ugrzecznionej europejskiej motoryzacji. Mało kto wie jednak, że historia modelu, a raczej oznaczenia 300x jest naprawdę długa.
Wszystko zaczęło się w połowie lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to Chrysler postanowił stworzyć nową serię samochodów oznaczoną liczbą 300 i literą. "Trzysetka" nie była jednak kolejnym, zwykłym modelem w palecie producenta. Miały to być auta na wskroś luksusowe, o odpowiednich gabarytach i silnikach, do tego co rok samochód miał być modyfikowany i produkowany w niewielkich ilościach. Pierwsze auto z tej serii ujrzało światło dzienne w 1955 roku i nazywało się po prostu Chrysler C-300. Samochód miał grubo ponad 5m długości, pod maską kultowe V8 5,4 l HEMI i z marszu pobił amerykański rekord prędkości w Daytona Beach osiągając 127.6 mph. Rok później w salonach pojawił się jego następca - 300B i tak co roku Chrysler pokazywał nową "trzysetkę" zmieniając literę na końcu, z pominięciem litery "i", która mogłaby klientom kojarzyć się z cyfrą "1". 1965 rok był ostatnim w karierze tej serii, wtedy to na ulice wyjechał model 300L. Sama seria była co prawda kontynuowana aż do 1971 roku, ale były to modele oznaczane po prostu 300, sporo tańsze od swoich protoplastów, przez co dużo bardziej popularne.
W 1999 roku koncern postanowił powrócić do chlubnej historii swoich najbardziej znanych modeli i do sprzedaży trafił 300M. Auto trafiło również do Europy, ale nie odniosło spektakularnego sukcesu, głównie ze względu na swój mało porywający design i kiepską jakość wykonania. Chrysler postanowił więc wrócić do korzeni i w 2004 roku zaprezentował aktualną wersję 300C, która po dziś dzień jest najchętniej kupowanym amerykańskim autem w Europie.
Ciało
Dziś, 6 lat po premierze, Chrysler 300C w nadwoziu kombi nikogo nie dziwi, ale gdy samochód ten został zaprezentowany w 2004 roku na salonie w Genewie, wywołał spore zamieszanie. Amerykanie praktycznie w ogóle nie produkują aut tego typu, zadowalając się SUV-ami wielkości naszych półciężarówek. Chcąc jednak zawalczyć o europejski rynek, kombi musiało znaleźć się w ofercie Chryslera. Na Starym Kontynencie 4 na 10 aut klasy średniej wyższej to właśnie kombi.
Wygląd Chryslera 300C Touring nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, skąd pochodzi to auto. Ogromnie połacie blachy tego ponad pięciometrowego nadwozia wystarczyłyby chyba na pokrycie kadłuba Titanica, a rozmiar szyb jest nieznacznie tylko większy od otworów strzelniczych w murach jakiejś opuszczonej, dziewiętnastowiecznej fortyfikacji. W iście amerykańskim stylu zaprojektowano ogromny, chromowany grill, po bokach którego złowrogo błyskają ksenonowe reflektory. Solidnie rozdęte nadkola skrywają przepiękne, dwudziestocalowe koła z kutego aluminium, będące częścią składową pakietu SRT-Design. Zauważalnie opadający dach oraz ścięta klapa bagażnika ożywiają nieco ciężką linię auta, ale nie burzą w żadnym wypadku jego "czołgowatego" charakteru. Całość wygląda po prostu świetnie i jakże odmiennie od całej rzeszy ugrzecznionych, nijakich, europejskich konkurentów 300C Touring.
W iście amerykańskim stylu zaprojektowanie jest również wnętrze Chryslera. Tutaj nikogo nie powinny dziwić przeciętnej jakości plastiki, koło kierownicy o średnicy steru żaglowca i, najłagodniej mówiąc, kiepska ergonomia. Choć z tą ostatnią nie jest tak katastrofalnie, jak np. w produktach sygnowanych logo Jeepa. Tutaj szwankuje tylko w jednym miejscu - umiejscowieniu dźwigni tempomatu, ale identyczne rozwiązanie znajdziemy w Mercedesie klasy E W210, więc może w tym szaleństwie jest metoda. Na szczęście po jednym dniu jazdy stare przyzwyczajenia ustąpiły i każda zmiana kierunku jazdy była już przeze mnie należycie sygnalizowana. Ogromne powody do zadowolenia dają fotele, będące kolejnym elementem pakietu SRT-Design - nie dość, że zostały wykonane ze skóry i zamszu, to jeszcze są ogromne, piekielnie wygodnie i wykazują nawet zauważalne ślady trzymania bocznego. Dzięki nim podróżowanie Chryslerem to naprawdę czysta przyjemność. Ogromne nadwozie obiecuje sporą przestrzeń w środku. I tak jest w istocie. Tu każdy rozsiądzie się wygodnie, miejsca w każdą stronę jest pod dostatkiem. Nie powinno go też zabraknąć na nasze bagaże. Kufer dysponuje imponującą pojemnością 630 litrów, która po złożeniu siedzeń zwiększa się ponad trzykrotnie, oferując 2026 litrów do dyspozycji. Jakieś pytania?
Dusza
Amerykanie nie są specjalnie skomplikowanym narodem, dlatego też nabywca decydujący się na Chryslera 300C w nadwoziu kombi ma do wyboru 2 (słownie: dwa) silniki: diesla i "benzyniaka" To, teoretycznie, zła wiadomość. Dobra to taka, że obydwa są rewelacyjne. Silnik benzynowy to kultowe już HEMI o pojemności 6,1 litra zamkniętej w najlepszej możliwej kombinacji - widlastej "ósemce". My do testów otrzymaliśmy wariant "dla oszczędnych", czyli diesla. Ten silnik to nowoczesna jednostka wysokoprężna wykonana w technologii Common Rail, ma 2987 ccm pojemności i tak naprawdę jest mocno spowinowacona z doskonale znanym lepiej sytuowanym taksówkarzom 320 CDI. Niech Was nie zmyli jednak ta sugestia. CRD montowane w Chryslerze jest położone o lata świetlne od taksówkarskiego "kopciucha". Po uruchomieniu silnika, do kabiny wtłacza się przytłumiony pomruk. Brzmi niby jak diesel, ale nie do końca. Sytuacja staje się jasna, gdy motor osiągnie temperaturę roboczą. Przegazujcie wtedy auto na biegu jałowym, a jedyne co usłyszycie to niski pomruk ocierający się o bulgot, jak żywo przypominający stare, dobre, amerykańskie V8. Benzynowe, rzecz jasna. Niewiarygodnym jest, jak inżynierowie Chryslera wydobyli takie dźwięki z wysokoprężnego silnika, ale po stokroć chwała im za to. Ale boskie dźwięki generowane przez tą jednostkę, to dopiero początek. Na równie wysokim poziomie stoi kultura pracy. Silnik pracuje cicho, równo i dostojnie, wibracje są praktycznie niewyczuwalne. Na deser zostawiam wisienkę, czyli parametry. 218 KM budzi szacunek, choć niknie on kompletnie, gdy dowiemy się, że maksymalny moment obrotowy generowany przez ten silnik wynosi potężne 510 Nm i to już przy 1600 obr./min! To wystarcza, aby tego kloca, ważącego 1870 kg rozpędzić do pierwszej "setki" w 7,5 sekundy. Większe wrażenie wywiera jednak styl, w jakim to się odbywa. Samochód po prostu przyśpiesza, jakby od niechcenia, w akompaniamencie ciszy. Nie ma tu miejsca na wulgarne epatowanie mocą, tu panuje zasada "siły spokoju". Co ciekawe, auto nie pochłania jakiś koszmarnych ilości oleju napędowego. W mieście samochód spalił 12,5 litra ON na każde 100 km, przy spokojnej jeździe w trasie można zejść poniżej 8 litrów, a to są wartości co najmniej akceptowalne.
Zawieszenie Chryslera jest w pełni niezależne, a jego nastawy idealnie pasują do charakteru auta. Samochód jest ukierunkowany bardziej na komfort, niż sport, choć 20-calowe koła w połączeniu z oponami o profilu 45 "dbają" o to, aby ten komfort skutecznie niwelować. Niemniej jednak samochodem jeździ się po prostu przyjemnie, mimo iż o precyzji prowadzenia porównywalnej np. z Audi nie ma co marzyć.
Współżycie
Trzeba przyznać, że Chrysler 300C onieśmiela nieco przy pierwszym kontakcie. Zmysły najpierw oswajają się z nieprzyzwoicie wielkim nadwoziem. Osoby o normalnym rozmiarach raczej wpadają do wnętrza, niż w nim siadają, a wrażenie to potęgują ogromne fotele i kierownica. Gdy jednak silnik zacznie szumieć w środku, zaczynamy nabierać do niego zaufania. Pierwsze metry tym autem to powolna przejażdżka, trzeba przyzwyczaić się do ponadprzeciętnych gabarytów, zwłaszcza szerokości. Długość nie jest takim problemem, w dużej mierze dzięki zmyślnemu i bardzo precyzyjnemu systemowi czujników parkowania. Potem jest już tylko lepiej. Zaczynamy czuć się w 300C jak u siebie w domu, choć lepiej byłoby napisać - niczym w niezdobytej twierdzy. Auto sunie przed siebie z niespodziewaną lekkością i łatwością, pewnie hamuje, a średnica zawracania nie jest tak straszna, jak mogłoby się wydawać. Układ kierowniczy, choć nawet w połowie nie tak dokładny jak w BMW, nie pozostawia zbyt wiele do życzenia. Obowiązkowa automatyczna skrzynia biegów robi dokładnie to, do czego została stworzona - po prostu zmienia przełożenia. Może robi to zauważalnie, kickdown też nie należy do najszybszych, ale w codziennej eksploatacji to wystarcza. Potem przychodzi czas na kolejne odkrycia. Chrysler 300C to jedno z niewielu aut wyposażonych w elektrycznie regulowane położenie pedałów, co w połączeniu z wszechstronnie regulowaną kierownicą zapewnia wygodne znalezienie postaci naprawdę każdemu. Po każdym zgaszeniu silnika, fotel odjeżdża w tył, a kierownica w górę, dzięki czemu wyjście z auta jest tak proste, jak przejście przez drzwi w pierwszym lepszym mieszkaniu. Wspomniana wcześniej ergonomia szwankuje tylko w jednym miejscu - umiejscowieniu dźwigni tempomatu. Poza tym wszystko jest pod ręką, tam gdzie być powinno. Nie ma również problemu z utrzymaniem porządku w aucie - schowków jest pod dostatkiem, dodatkowo są one naprawdę sporych rozmiarów. Podróż umila świetnie grający system multimedialny Boston Acoustic, a o szybkie dotarcie do celu zadba seryjna (opcjonalna) nawigacja.
Jak wspomniałem rozdział wcześniej, silnik jest mocny niczym tur. Pierwszy raz przekonałem się o tym przy nieco mocniejszym dodaniu gazu na światłach. Chrysler zarzucił delikatnie tyłem, po czym zadziałało ESP, a wóz zaczął gładko sunąć do przodu w akompaniamencie cichego bulgotu. Naprawdę przyjemne doznanie, którego w przypadku europejskiej konkurencji po prostu nie zaznamy, z tej przyczyny, że tabun miliona systemów dbających o Twoje bezpieczeństwo w myśl którejś tam dyrektywy UE zgasi wszelkie próby tak nieprzyzwoitego zachowania w zarodku. Bez komentarza...
Werdykt
Chrysler 300C Touring jest kolejnym dowodem na to, że amerykańska motoryzacja dysponuje tym, co w przypadku europejskiej prawie nie istnieje - prawdziwym charakterem. Żaden samochód nie zaskoczył mnie tak bardzo swoją jednostką napędową - ten diesel zasługuje na oddzielne miejsce w historii motoryzacji. Tym wielkim samochodem naprawdę łatwo manewruje się już po jednym dniu jazdy, komfort jest bezdyskusyjny, a frajda z jazdy wręcz nieopisana. Mimo sporej popularności tego modelu w Polsce, auto cały czas wzbudza zainteresowanie i niekłamany respekt wśród innych użytkowników dróg. Prowadząc zaś Chryslera 300C Touring mamy wrażenie sterowania USS Enterprise - wielkim, dumnym, niewzruszonym lotniskowcem, dla którego niemożliwe nie istnieje. Iście zadziwiająca maszyna, po przetestowaniu której europejskie "zabawki" przestały mnie praktycznie w ogóle interesować.
Dane
CZYM NAPĘDZANY?
Silnik turbodiesel, V6, 24v
Pojemność 2987 cm3
Moc 218 KM (160 kW) przy 3800 obr./min
Max moment obr. 510 Nm między 1600 a 2800 obr./min
Skrzynia biegów 5-biegowa, automatyczna
Napęd tylne koła
JAK DUŻY?
Długość / szerokość / wysokość 5015 / 1880 / 1535 mm
Rozstaw osi 3050 mm
Masa własna 1901 kg
Ładowność 490 kg
Bagażnik 630 - 2026 l
Zbiornik paliwa 72 l
Nadwozie kombi
Drzwi / miejsca 5 / 5
NA CZYM STOI?
Koła 245/45 R20
JAK SZYBKI?
Przyspieszenie 0-100 km/h 8,6 s
Prędkość maksymalna 230 km/h
JAK BARDZO SPRAGNIONY?
Spalanie (miasto/trasa/średnie)
- fabryczne 10,9 / 6,8 / 8,3 l/100 km
- w naszym teście 12,5 / 8,0 / 10,0 l/100 km
emisja CO2 220 g/km
JAK DROGI?
Cena już od... 193.046 PLN
egzemplarz testowany: 224.214 PLN
Gwarancja:
- mechaniczna 2 lata lub 120.000 km
- perforacyjna 7 lat
- na lakier -
Przeglądy co 15.000 km










































